
Blog fotograficzny / 23 maja, 2024
Niektórych rzeczy nie da się zamknąć w słowach. Mogą tylko płynąć gdzieś w tle, w cichych myślach, w oddechu i spojrzeniu. Bieszczady właśnie takie są – bardziej się je czuje, niż opisuje. To przestrzeń, która wciąga, spokój, który otula, i wolność, która niesie jak wiatr unoszący skrzydła orła.
Wjeżdżając do Lutowisk, od razu wiedziałem, że czas się zatrzymał. W mglistym poranku lasy parowały, jakby oddychały własnym rytmem. Charakterystyczna wieża kościoła i nadajnik zarysowały się w oddali, przykryte gęstą pierzyną chmur. To widok, który zatrzymuje w miejscu. Żaden pośpiech, żadne „muszę jeszcze to” – po prostu stajesz i patrzysz, jakbyś wciągał w siebie tę ciszę.
Tu Bieszczady zaczynają się na dobre. Łąki, lasy i jakieś dziwne cmentarzyska radzieckich ciężarówek, które zostały na tych ziemiach jak pomniki innej epoki. ZiŁ-y, GAZ-y – stalowe relikty, które tutaj wydają się mieć swój naturalny dom. Idąc prostą ścieżką na szlak, mijasz je, a w głowie odzywa się echo dawnych historii.
Poranek? Najprostszy – jajecznica, kanapka z serem. Ale gdy siedzisz na werandzie, wszystko smakuje inaczej. Powietrze pachnie trawą, ziemią i przestrzenią. Nawet jeśli Gordon Ramsay stanąłby obok ze swoim garnkiem, to wierz mi, przegrałby z widokiem, jaki masz przed oczami.
A potem ruszasz na Połoninę Wetlińską. Niby klasyka, ale za każdym razem inna. Tym razem szlak jest niemal pusty. Cisza wokół ma swoje dźwięki – delikatny szelest traw, trzask kamieni pod butami, a gdzieś ponad głową… orzeł. Krąży i pokazuje, czym jest prawdziwa wolność. Niezmierzony błękit nieba, po którym pędzą chmury jak niespieszne myśli, i Ty, kroczący tą ścieżką – tu zaczyna się coś więcej niż spacer.
Chatka Puchatka? Dziś już inna, zmieniona, ale to nie budynki tworzą Bieszczady. To wiatr, cisza, trawa, las. Wracając z połoniny, na jednej z polan dostrzegasz konie. Dzikość w ich ruchach, szczęście w oczach. Te kilka minut patrzenia na galopujące stado zostawia ślad głęboko w sercu.
Wieczór na werandzie przynosi spokój. Siedzisz z kubkiem herbaty, patrzysz na te same konie, słuchasz szumu lasu i myślisz: „To tutaj czas płynie najlepiej”. Dobranoc, Bieszczady.
A potem nadchodzi poranek i czas na Tarnicę. Wyzwanie? Może trochę, ale przede wszystkim spacer w górę, gdzie każdy krok odkrywa coś nowego. Kiedy docierasz na szczyt, czujesz, że znikają wszystkie ciężary. Tylko Ty, przestrzeń i oddech. Schodząc, biją się w Tobie dwie emocje – radość, bo to było piękne, i smutek, bo to już koniec tej chwili.
Wołosate – ostatni przystanek. Nie zapomnij zajrzeć na stary cmentarz. Zarośnięte groby, cisza, szum dębów – miejsce, które opowiada o tym, co było i o czym nie wolno zapominać.
Wróciłem do Bieszczad po długim czasie. Dobrze tu być. Szkoda wyjeżdżać, ale wiem, że wrócę. Jak ten orzeł nad połoniną – będę tu znowu, by tańczyć z wiatrem i ciszą.
































