
Blog fotograficzny / 29 listopada, 2022
Czasem dobrze mieć aparat rzucony na fotelu w aucie. Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać lub kiedy można trafić „warunek idealny”. Tak też było tego wieczora.
Każdy niemal wieczór od pewnego czasu to moment „spacerowy”. Pakuję smaczki, zakładam Tajfunowi szelki i ruszamy – na codzienny rytuał wieczorny zwany wyprawą przed siebie. Od pewnego czasu zabieram ze sobą na te spacery aparat. Czeka cierpliwie na tylnym fotelu, bo może akurat trafi się warunek?

Ruszyliśmy w ulubione zimowo jesienne miejsce – na ścieżkę od zamku do parku. Około 4 kilometrów marszu, który śmiało można nazwać cardio. To, za co lubię jesienną i zimową porę to brak ludzi. Kompletny, absolutny, wręcz niepokojący brak kogokolwiek.

